Dołącz do nas

Cześć, czego szukasz?

Gry

Zacznijmy doceniać ryzykowne historie w grach

Czyli długi tekst o tym, jak bardzo lubię The Last of Us Part 2.

W ostatnim czasie udało mi się ukończyć The Last of Us Part 2, a ten tekst początkowo miał być tej gry recenzją. Jednak podczas przygotowania tekstu, ciągle dręczyły mnie myśli czy moja praca ma sens. Na dobrą sprawę, każdy wie, że sequel to cudo techniczne, wie, że jest to tytuł szokujący, że fabuła podzieliła graczy. Dlatego postanowiłem, że zamiast napisania klasycznej opinii na temat najnowszej produkcji studia Naughty Dog, zastanowię się, czy aby na pewno sequel przygód Joela i Ellie jest tak kontrowersyjny jak głosi opinia publiczna, oraz wyjaśnię, dlaczego powinniśmy zacząć doceniać takie produkcje.

Uwaga! Tekst zawiera spoilery z obydwu części The Last of Us

Może to być dla niektórych szok, ale mija już ósmy rok od premiery pierwszej części The Last of Us. Produkcja ta, miała być potwierdzeniem, że Naughty Dog na przygodach Nathana Drake’a się nie kończy, a potencjał, jaki drzemie w kalifornijskim studiu, pozwoli na stworzenie tytułu (lub kolejnej franczyzy), który ponownie będzie obfitować w emocje i dobrą, pochłaniającą czas rozgrywkę. Prace nad grą umiejscowioną w postapokaliptycznym świecie ruszyły już po ukończeniu drugiej odsłony Uncharted – wtedy to studio podzieliło się na dwa zespoły. Pierwszy – pod przewodnictwem Amy Hennig i Justina Richmonda – zajął się „Oszustwem Drake’a„, a drugi, już pod batutą Neila Druckmanna i Bruce’a Straleya, zaczął konstruowanie The Last of Us, tytułu mającego zapewnić przyszłość podopiecznym Sony, a jednocześnie zaspokajającego potrzebę stworzenia czegoś nieco ambitniejszego. Jak pokazała historia – to wszystko się udało. The Last of Us zostało przyjęte niezwykle gorąco wśród graczy oraz krytyków, nieraz określając produkcję studia jako arcydzieło. Za pochwałami i nagrodami poszły też liczby – tytuł osiągnął miano najszybciej sprzedającego się nowego IP na PlayStation 3, a finalnie opchnięto ponad 20 milionów egzemplarzy. Wynik zwalił z nóg, więc kontynuacja była kwestią czasu.

The Last of Us Part 2 #1

Byłem sceptycznie nastawiony wobec drugiej części. Pierwsza odsłona to w mojej opinii solidnie napisana i bardzo dobrze poprowadzona opowieść, wypełniona po brzegi emocjami z nieco zmieniającym wydźwięk całej historii, ale wciąż satysfakcjonującym i dopełniającym kampanię finałem. Otrzymaliśmy też samodzielny dodatek Left Behind, który nie kontynuował historii, a jedynie ją uzupełniał – był swego rodzaju wytchnieniem od brudnego świata pełnego bezmózgich grzybów. Choć opowieść nie trwała długo, bo raptem 2 godziny, to krótsza opowieść o Ellie i jej przyjaciółce Riley do mnie trafiała, nawet bardziej niż sama podstawka. DLC miało coś w sobie z artyzmu, pewną subtelność w przekazywaniu emocji. Dlatego nie czułem potrzeby tworzenia kontynuacji. Z jednej strony byłem ciekawy co słychać u znanych bohaterów, ale z drugiej – wystarczyło mi to, jak zapamiętałem i wspominałem „jedynkę”.

The Last of Us: Part 2 już przed premierą zderzyło się z potężną falą krytyki na wskutek wycieku ważnych scen, m.in. śmierci Joela. Wtedy to gracze podzielili się na 3 obozy – tych, co nie chcieli o spoilerach słyszeć, tych, którzy je chłonęli oraz zwyczajnych trolli, którzy nie zważając na nic, udostępniali sceny z wycieków, gdzie tylko się da. Po wycieku zdecydowałem się na zapoznanie ze scenami przed premierą gry. Wyznaję zasadę, że jeśli znajomość zakończenia dzieła popkultury psuje odbiór całego dzieła, to problem leży po stronie twórcy. W środowisku filmowym wiele osób ma podobne podejście. Po tym, gdy cały ten szum wokół gry ucichł, na spokojnie wziąłem się za TLoU2, oczekując po prostu dobrej historii. I się nie zawiodłem – Part II to rewelacyjna opowieść o przyjaźni, miłości, życiu ludzi próbujących odnaleźć spokój w tych dziwnych czasach oraz – przede wszystkim – dwóch kobietach: Ellie i Abby, chcących ukoić swoje cierpienia poprzez zemstę.

Warto przeczytać: The Last of Us Part 2 (PS4) – recenzja gry

Nie twierdzę jednak, że kampania fabularna jest wybitna. Niemniej, w niektórych aspektach zaryzykowałbym określenie jej mianem przełomowej. Już ryzykownym krokiem było oparcie całej gry na brutalności i bólu przeżywanego przez głównych bohaterów, a co dopiero dać możliwość sterowania Abby, w momencie kiedy jesteśmy do niej wrogo nastawieni. Popkultura przyzwyczaja nas do miłych historii i nie mam tu nikomu nic do zarzucenia – jest to naturalne. Ale w dobie bezpiecznych tworów AAA, gdzie większość nawet nie wysila się na zrobienie czegoś ambitniejszego, taka hiperprodukcja z ogromnym budżetem, filmową narracją i trudną do przełknięcia historią – była nam zdecydowanie potrzebna.

Ellie, Abby, Joel i inni są poniewierani przez twórców w opowieści. Rozumiem pomysł zaprezentowania, przez jaką gehennę postacie musiały przejść. Jednak brakuje w tym wszystkim jakiegoś kontrastu, dzięki któremu momenty mające nas zaboleć zrobią to mocniej, niż powinny. Niby pojawiają się wspomnienia z lat młodości. W teorii to one powinny za takową przeciwwagę służyć, ale są krótkie i jest ich dosyć mało. Choć przyznaję – cały segment z Joelem i Ellie w muzeum jest poprowadzony po mistrzowsku. Scena momentalnie budzi skojarzenia i niesie porównywalny ładunek emocjonalny co scena z „żyrafą” z poprzedniej części. Zdecydowana większość gry jest utrzymana w ciemnoszarych barwach, a momentów na złapanie oddechu jest bardzo mało. Dlatego ta brutalność – która jest wręcz fetyszyzowana – w końcu nam powszednieje. Dziura po strzale w głowie, animacje śmierci naszych postaci, szczątki ciała po wybuchu bomby, uderzenia bronią białą w niemilca, zabicie psa – to wszystko przestaje szokować. Z czasem zarówno Ellie, jak i Abby nie zależy już, kogo zabijają i w jakich ilościach – liczy się tylko efekt – czyli dokonanie zemsty.

The Last of Us Part 2 #2

Jednak nie nazwałbym The Last of Us: Part II tytułem kontrowersyjnym. Fora internetowe kreują najnowszą grę studia Naughty Dog na bardziej szokującą, niż faktycznie jest. Budzący wątpliwości może być sam kierunek, stawiający na pierwszym miejscu maltretowanie dobrze znanych nam postaci, który jest dodatkowo wzmocniony przez hiperrealizm produkcji. Stworzenie ciężkiej, wręcz nieprzyjemnej opowieści również może być niejasne. Nie uznaję za kontrowersję dorzucenie wątku przemiany Leva, czy rozwinięcie tematu orientacji seksualnej Ellie. To są poważne, ale wciąż życiowe sprawy, które się po prostu bronią fabularnie. Brutalność? Fakt, tej jest sporo, ale szczerze mówiąc – gorsze sceny widziałem w niektórych serialach na Netfliksie, które od początku za głównych odbiorców obrały sobie nastolatków.  Nie wspominam nawet o wylaniu szamba na osobę użyczającej ciała growej Abby.

Przywykłem do sztucznego tworzenia i nadmuchiwania problemów w internecie, ale w przypadku The Last of Us Part 2 nabrało to niebezpiecznego kierunku. Bogu ducha winni deweloperzy zaczęli otrzymywać pogróżki, a tytuł w okolicach premiery został zmasakrowany w opinii użytkowników na Metacritic (dziś jest lepiej, średnia 5,7). Neil Druckmann i inni scenarzyści zostali obrzuceni gównem za to, że mieli jaja i stworzyli coś, co jest w 100% zgodnie z ich pierwotną wizją bez przejmowania się tym, co pomyślą odbiorcy. Podjęcie, a następnie piekielnie dobre przełożenie na język growy trudnego zagadnienia chorób psychicznych. Oczywiście, pojawiały się wcześniej próby zmierzenia się z tym zagadnieniem (nierzadko udane), ale to są często małe projekty z dość prostą oprawą graficzną. Wyjątkiem było Hellblade: Senua’s Sacrifice, ale to wciąż jest projekt niszowy, bez odpowiedniego wsparcia rynkowego giganta. Nadzieją jest Microsoft, który w tamtym roku wykupił studio Ninja Theory. Ale odbiegam od tematu.

W branży powoli brakuje liniowych przygód stworzonych z myślą o dojrzałym graczu. Nie mam jednak na myśli gier, którym PEGI wystawiło znaczek 18+, bo pierwszy lepszy tytuł z zabijaniem i wulgaryzmami w tle się pod to łapie. Nie mam na myśli też tytułów pokroju Hatred czy Agony – gier powstałych tylko po to, aby narobić szumu wokół swojej „kontrowersyjności” i w ten sposób przyciągnąć do siebie ludzi. Mówię o produkcjach z dojrzałą historią. Parę takich prób już było. Przytoczyć mogę, chociażby Spec Ops: The Line czy wspomniane wyżej Hellblade. Pod względem budżetu skala jest nieporównywalna. To widać w sposobie przedstawienia historii, produkcja Naughty Dog zachwyca oprawą wizualną, przepięknie oświetlonymi lokacje i realizmem animacji. Nie żałowano pieniędzy na aktorów, tych tradycyjnych, ale także głosowych, słychać to nawet po polskiej wersji językowej, gdzie nie było momentu, w którym zgrzytałbym zębami. Mógłbym jeszcze chwilę rozpływać nad poziomem wykonania gry, ale mój przekaz jest już chyba jasny – istnieje zapotrzebowanie na filmowe doświadczenia w grach. Nie potrzebujemy QTE, by bohater mógł napić się wody i umyć zęby.

The Last of Us Part 2 #3

Odnoszę wrażenie, że my jako gracze, po prostu nie dorośliśmy do takich produkcji. Nie akceptujemy nowatorskich rozwiązań, bo przywykliśmy do tych najbezpieczniejszych. Nie twierdzę, że The Last of Us Part 2 ma podobać się nam wszystkim. Różne opinie są potrzebne, a o to twórcom chodziło, by debatować i prowadzić dyskusje na temat zakończenia i tego, jak potoczyły się różne wątki. Jeśli nie polubiliście „dwójki” – wytykajcie jej błędy. Ale zacznijmy te produkcje w końcu doceniać, bo ich potrzebujemy. TLOU2 na tle konkurencji jest po prostu „jakieś”. Za co, niestety, dostaje po głowie.

Podejrzewam jednak, że ostatecznie tytuł Naughty Dog przetarł już szlak innym grom, które zadebiutują w przyszłości. Zakładam, że z czasem jako społeczność podejdziemy do nich już nieco mniej krytycznie. Zawsze, gdy myślę o sytuacji związanej z The Last of Us Part 2, przypomina mi się tweet Kanyego Westa z 2018 roku – „[…] once again I am being attacked for presenting new ideas„.

Cóż, może po prostu nie możemy mieć fajnych rzeczy?

Autor

Kliknij, by skomentować

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Warto także przeczytać

Sprzęt

PlayStation 5 jest z nami od dwóch miesięcy. Po tym czasie można już sobie odpowiedzieć, czy warto było ten sprzęt kupić.

Gry

Rozprawka o świetnej serii, jaką bez wątpienia jest Gravity Rush. Inspiracjach, pomysłach i realizacji marzenia Keiichiro Toyamy.

Gry

Pierwszy kontakt z konsolami zaliczyłem grając w Contrę na Pegasusie – poczułem się wtedy komandosem, choć miałem tylko sześć lat i siedziałem na dywanie....

Recenzje

Spider-Man od Insomniac rozbił bank i do dziś rozszedł się w ilości ponad 20 mln (!) egzemplarzy. Potężna licencja w połączeniu z uzdolnionym studiem,...

Copyright © 2020 Glitch.com.pl Kopiowanie treści, jak i fragmentów jest surowo zabronione.