Connect with us

Cześć, czego szukasz?

Recenzje

Tokyo Mirage Sessions ♯FE Encore (Switch) – recenzja gry

Showbiznes często określa się jako siedlisko diabła, albo przynajmniej przynętę na niego i jak widać, opinia ta jest rozpowszechniona na całym świecie. Również w japońskich grach motyw ten przewija się wcale często, o czym świadczy, chociażby seria Sakura Wars. W tej recenzji jednak nie o niej a o tytule mającym łączyć w sobie dwa znane, ale na pozór odmienne światy. Oto przed Wami Tokyo Mirage Sessions ♯FE Encore, gdzie zderzają się uniwersa Shin Megami Tensei oraz Fire Emblem, mocno obsypane Idolmasterem. Pomysł nie do przeprowadzenia? Nie dla Japończyków.

Pierwotnie Tokyo Mirage Sessions ♯FE Encore bez podtytułu „Encore” pojawiło się kilka lat temu na konsolę Wii U z całkiem dobrymi recenzjami, jednakże z uwagi koniec żywota sprzętu nie dotarł do tylu fanów, ilu by mógł. Na szczęście obecna moda na porty i remastery gier dla Nintendo Switch przywróciła życie i tej interesującej produkcji, łączącej w sobie światy wykreowane przez Nintendo i Atlusa, czyli wspomniane SMT oraz Fire Emblem. W dodatku zainteresowanie grą podbija wcześniejsza premiera innej pozycji tj. Fire Emblem Three Houses.

Zło wchodzi na scenę

Początek gry nie napawa jednak optymizmem, ostro widać jazdę po schematach i mało wyrazistego protagonistę, pomimo starań jego i twórców, by tchnąć w niego życie. Trzeba przyznać wprawdzie, że główny bohater bardzo chce pokazać się nam z jak najlepszej strony, ale to mu nie wychodzi. Fabularne wprowadzenie również wygląda skromnie i mało zachęcająco. Wcielamy się w rolę nastolatka imieniem Itsuki, który przychodzi do studia nagraniowego towarzyszyć swojej przyjaciółce Tsubasie Oribe w naborze na nową idolkę. Tsubasa ma wprawdzie mierne umiejętności w tym temacie, ale wierzy, iż dzięki angażowi będzie bliżej odnalezienia swojej zaginionej siostry. Podczas muzycznego przesłuchania dzieje się jednak coś dziwnego, a nasi bohaterowie (wraz z innymi uczestnikami) trafiają do demonicznego świata zamieszkiwanego przez Miraże – istoty żywiące się ludzką energią. Na szczęście Itsukiemu i Tsubasie na pomoc przychodzą tzw. dobre Miraże oraz jego kumpel, dzięki którym mogą stawić opór złu i wydostać się z lochu.

Tokyo Mirage Sessions ♯FE Encore #1

Po całym wydarzeniu oboje przystępują do organizacji Fortuna, która pod przykrywką agencji muzycznej prowadzi walkę ze wspomnianym wrogiem, którego poczynania w naszym świecie coraz bardziej się nasilają. Cóż nie brzmi to wszystko bardzo zachęcająco, ale o dziwo z rozdziału na rozdział jest coraz lepiej, bowiem pojawiają się coraz ciekawsze wydarzenia i bardziej interesujący bohaterowie. O serii Sakura Wars wspomniałem nieprzypadkowo, bowiem podobnie jak tam recenzowany tutaj tytuł porusza motywy muzyczno-estradowe, co podkreśla, chociażby jedna z bohaterek dziwnie upodobniona do Sakury Shinguji. Jednak najlepiej pod względem osobowości wyszły twórcom sojusznicze Miraże wspomagające naszych bohaterów, czyli m.in. Chrom, Caeda, Tarja oraz malutka Tiki pochodzące z uniwersum Fire Emblem, ale pełniące role Person jak w serii od Atlusa. W każdym razie dostaliśmy scenariusz na poziomie serialu anime klasy B – bez szału czy jakiejkolwiek oryginalności, ale da radę czerpać z niego pewną przyjemność.

Persona w otoczce Fire Emblem

Mimo wszystko, w porównaniu do fabuły, prezentuje się sam styl rozgrywki – nieskomplikowany, ale przyciągający do siebie. Gros zabawy to oczywiście jak w Personach przeszukiwanie dostępnych lochów, zwanych tutaj Idolasferą, by posunąć opowieść naprzód. Co ciekawe nie są to proste labirynty, tylko bardzo często będziemy rozwiązywać zadania logiczne i odpowiednio przestawiać przeszkody, by dostawać się dalej. Owszem po samym mieście też trochę poszperamy, ale poszczególne lokacje są niewielkie i służą w sumie do tego, by szukać dodatkowych zadań, co trochę nuży. Wróćmy jednak do lochów, które przemierzają złowrogie Miraże, a kontakt z nimi to natychmiastowa walka. I tutaj właśnie widać największe wpływy Atlusa. Wprawdzie nie ujrzymy tutaj rozwiązań z piątej Persony, bowiem Tokyo Mirage oryginalnie pojawiło się dużo wcześniej, ale z poprzedniczek jak najbardziej. Do walki stają trzy osoby, których zadaniem jest rzecz jasna eliminacja wszystkich przeciwników na bitewnej planszy – scenie. Pomimo trybu turowego walka jest tutaj bardzo dynamiczna i sprawia sporo frajdy. Podobnie jak w grach od Atlusa liczy się tutaj wykorzystanie słabości wrogów, dzięki czemu dostajemy nadprogramową kolejkę ruchu oraz możność tworzenia destrukcyjnych kombinacji wraz z naszymi towarzyszami (Skill Session). Co kilka poziomów, rzecz jasna nasi wojacy uczą się nowych umiejętności bądź wzmacniają już posiadane. Ogólnie rzecz biorąc bitwy w muzycznych klimatach to najlepsze co gra ma do zaoferowania, a ich widowiskowość sprawia, że ich nadmiar nie nuży. Co ciekawe tytuł z uwagi na multum umiejętności zachęca (a właściwie lekko przymusza) do zmian postaci w trakcie boju i w sumie nie zachodzi sytuacja, że mamy ulubiony skład a reszta wojaków idzie w odstawkę. Polecenie zmiany będzie często w użyciu, co cieszy. Trzeba pochwalić wysoki poziom wyzwania, gdzie nawet poziom łatwy potrafi dać w kość, a w każdym razie nie mamy tutaj do czynienia z rozgrywką dla niedzielnych graczy.

Przyjemny, pomimo prostoty, jest również rozwój bohaterów. Awansują standardowo, wraz z Mirażami, na kolejne poziomy i dostają nowe możliwości dzięki punktom doświadczenia, ale to nie wszystko. W siedzibie agencji dostajemy specjalny pokój, gdzie o ile mamy odpowiednie materiały możemy zmienić naszym Mirażom broń na lepszą, oraz sami nabyć dodatkowe zdolności pasywne. Nieskomplikowane, ale dające sporo radości rozwiązanie. No i mamy okazję spotkać się z naszą małą Tiki. Poprzez pokój mamy też wejście do lochu treningowego, ale trening tam jest dość dziwaczny w swojej formie i raczej irytujący, więc prawie z niego nie korzystałem.

Na zachodzie bez zmian

Jeśli chodzi o oprawę wizualną, nie należy spodziewać się większych poprawek. Jest tak jak na Wii U, przy czym tryb przenośny nie różni się jakościowo od pełnoekranowego. Same miejskie ulice i bohaterowie, biorąc wzgląd na wiek produkcji, prezentują się całkiem miło dla oka i nawet kolorowe cienie-sylwetki przechodniów nie psują dobrego wrażenia. Gorzej jest z konstrukcją miejscowych lochów, tworzonych na jedno kopyto metodą kopiuj-wklej, co często się zdarza w tego typu grach. Cóż w dniu oryginalnej premiery można było przymknąć na to oko, ale dzisiaj prezentuje się co najmniej nieświeżo. Na szczęście sprawę ratuje fajerwerkowa oprawa walk oraz częste filmiki animowane. Oprawa muzyczna jak na grę przystało typowo idolkowa, co cieszy i buduje odpowiedni klimat. Natomiast odnośnie dodatków w wersji „Encore”, to cóż są widoczne, ale wiele ich nie ma. Dostaliśmy nowy loch, piosenki, kostiumy, a niektóre postacie wcześniej niegrywalne można wcielić do drużyny. No i sprawa cenzury, podobnie jak w europejskiej wersji gry z Wii U na Switchu dalej jest obecna, nawet w Japonii. Były już o nią boje, ale wydawca się nie ugiął, w sumie trudno określić, w jakim stopniu ona przeszkadza w zabawie, dla jednych graczy nie ma to znaczenia, inni plują żarem z tego powodu. Mnie osobiście nie przeszkadzała, chociaż być może dlatego, że nie miałem styczności z wersją nieocenzurowaną.

Tokyo Mirage Sessions ♯FE Encore #4

Podsumowując wady i zalety Tokyo Mirage Sessions ♯FE Encore jest grą dobrą przeznaczoną dla zagorzałych fanów japońszczyzny i w sumie dla nikogo innego, pomimo mieszanki SMT, Fire Emblem i Idolmastera. O ile mają czas na zbyciu warto, by zainteresowali się tym tytułem, nawet jeśli trzeba przymknąć oko na to i owo.

Plusy

  • Nadal ciekawe połączenie światów SMT i Fire Emblem
  • Wciągające walki
  • Mimo swoich wad nawet po latach świetnie się gra
  • Dodatki w wersji Encore (za to, że są)

Minusy

  • Nudny początek i miałki główny bohater
  • Brak jakichkolwiek zmian w oprawie wizualnej w stosunku do Wii U
  • Cenzura dla niektórych graczy
O autorze

2 komentarze

2 komentarze

  1. Gipsi

    21 listopada, 2020 at 22:29

    To jedyna „duża gra” która nie ograłem na WiiU. Zastanawiam się często czy nie skusić się bo jestem fanem FE (z SMT styczność miałem tylko na PS2 i to krótka). Czytalem twoja recenzje licząc że w końcu się skuszę ale tylko utwierdzila mnie w przekonaniu że dopiero wtedy kiedy nie będę miał co grać… A do tego prędko nie dojdzie. Fabuła wydaje mi się mało ciekawa a Japończycy na i jpop nie są mi obce… Z serią FE jestem głównie dla gameplayu a z tej serii nie ma go tu w ogóle. Może kiedyś kupię jakoś ciekawostkę jak jakimś cudem znajdę na promo.

    • aysnel

      21 listopada, 2020 at 23:02

      W sumie gra jako całość jest dobra, ale raczej hermetyczna i trudno ukryć że jest wiele lepszych tytułów na Switcha. Ale w wolnej chwili można się pokusić.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Warto także przeczytać

Recenzje

Spider-Man od Insomniac rozbił bank i do dziś rozszedł się w ilości ponad 20 mln (!) egzemplarzy. Potężna licencja w połączeniu z uzdolnionym studiem,...

Recenzje

Moja niewytłumaczalna słabość do gier średnich pcha mnie czasami w rejony, których normalnie bym nie planował eksplorować. Onee Chanbara Origins jest drugim kontaktem z...

Gry

Wyjście z cienia No More Heroes 3 i błyskawiczna premiera remasterów poprzedników to dla mnie przedwczesny prezent gwiazdkowy. Nawet nie dlatego, że mam sposobność...

Gry

Dzisiaj coś w sam raz dla masochistów, którym niestraszne autobiczowanie tematyką potrafiącą widocznie odcisnąć swoje piętno. Powieść jeżąca włos na głowie i ściskająca żołądek....

Copyright © 2020 Glitch.com.pl Kopiowanie treści, jak i fragmentów jest surowo zabronione.

%d bloggers like this: