Dołącz do nas

Cześć, czego szukasz?

Recenzje

Spider-Man: Miles Morales (PS5) – recenzja gry

Spider-Man od Insomniac rozbił bank i do dziś rozszedł się w ilości ponad 20 mln (!) egzemplarzy. Potężna licencja w połączeniu z uzdolnionym studiem, które nie tylko rozumie materiał źródłowy (no, powiedzmy…), ale i inspiruje się najlepszymi „pajęczymi” grami, dostarczyły „niesamowity” (pun intented) efekt końcowy. Recenzje były w większości pozytywne, pieniądze również się zgadzały. Sequel? Jego powstanie już dawno zostało przesądzone, ale zanim do tego dojdzie pora dokładniej poznać Milesa Moralesa. Od razu zdradzę, że warto, bo zarówno jako gra, postać jak i superbohater sprawdza się w swoich rolach.

Peter Parker leci na urlop

Be Greater” – brzmi główny slogan reklamowy recenzowanego Milesa. W moim odczuciu bardziej dopasowane byłoby prozaiczne „bądź sobą„. Właśnie takie przesłanie niesie drugi Spider-Man. Bohater i jego rodzinne perypetie stanowią oś opowieści. Morał głęboko zakorzeniony w myśli przewodniej fabuły, to po prostu bycie szczerym ze sobą i swoimi bliskimi, wzajemna akceptacja wyborów i tożsamości. Banały? Pewnie, ale podane na tyle przyjemnie, że sprawdzają się wystarczająco dobrze w czysto rozrywkowych szatach AAA.

Spider-Man: Miles Morales #1

Jednocześnie „następny Spider-Man” jest zdecydowanie bardziej charakterną postacią niż jego mentor. Miles Morales ze swoją przygodą są w większym stopniu stylizowane, mają bardziej nakreślony kierunek i szczegóły definiujące osobowość nastolatka. Świeża trauma po stracie rodzica, niezdarność podyktowana brakiem doświadczenia, czy nawet świetnie brzmiące i wpadające w ucho hip-hopowe beaty pod zremiksowane utwory. Ciekawszy scenariusz z lepiej nakreśloną historią napędzaną przez wyrazistsze postacie poboczne. Phin (najlepsza przyjaciółka) i wujek Aaron, swoją obecnością realnie wpływają na rozwój młodego pająka.

Spider-Man: Miles Morales jest klarowny i wyjątkowo szczery. Dostarcza dokładnie to, co obiecują twórcy. Nie trafi do osób, którym nie spodobała się podstawka, bo jest w gruncie rzeczy (leniwym) odcinaniem kuponów. Delikatną ewolucją z nałożonym makijażem i implementacją bajerów PS5. To krótsza przygoda zbudowana na fundamencie pierwowzoru, ale w wielu aspektach troszkę lepsza, jak wspomniane wcześniej usprawnienia narracyjne. Choć w gruncie część z nich to czysto subiektywna sprawa. U mnie zadziałały tak zwane „szczegóły”, drobne detale, na które wielu może nawet nie zwrócić w ogóle uwagi.

„New York, New York”

Dlatego też Nowy Jork rozkochał mnie w sobie dopiero gdy ujrzałem go w ośnieżonej wersji. Uwielbiam śnieg w grach, więc nowe warunki atmosferyczne i świąteczny klimat od razu do mnie trafiły. Popkultura tak bardzo zakorzeniła we mnie określony widok NYC, że Time Square i Bronx kojarzę głównie w szaroburych odcieniach z zaspami śniegu przy ulicach. Biały puch sprawdza się też idealnie w formie wizualnego odświeżenia, więc znana mapa nabiera tak zwanego nowego kolorytu.

Pierwszy Spider-Man spodobał mi się głównie z tego względu, że był nieliczną grą (obok Gravity Rush 2) rozumiejącą projektowanie rozgrywki pod gry z otwartym światem. Bujanie na sieci dostarczało masę frajdy i sprawiało, że bezcelowe pokonywanie przestrzeni stanowiło zabawę samą w sobie. Uwielbiałem zawrotną prędkość i oglądanie świetnie animowanych akrobacji pająka podczas pokonywania Manhattanu. To się w zasadzie w ogóle nie zmieniło, choć doszło kilka animacji. Mechanika jest dalej relaksującym doznaniem i wprowadza niemal w stan zen podczas delektowania podróżą. Śmiganie Spider-Manem dalej jest „super”.

Możecie przy tym zapomnieć o tragicznie nudnym hakowaniu, niepotrzebnych i niemiłosierne wydłużanych etapach „chodzonych”. Wszystkie te bzdurne zapychacze z podstawki zostały na szczęście wywalone. Zamiast tego otrzymujemy skondensowaną fabularnie kampanię. Seans, którego nie przerwie żaden ekran wczytywania. Mitologizowany dysk PS5 sprawia, że wszystko jest natychmiastowe, a twórcy mogli porzucić instancyjność świata. Wejście do bazy i większych budynków nie jest tym razem wstrzymywane żadnym ekranem, a po skończeniu misji po prostu wyskakujemy przez wyjście i od ręki znajdujemy się w mieście. Na tym wszystkim zyskuje tempo historii, która jest teraz jednym, ciągłym i płynnie przedstawionym seansem.

Krótka przechadzka po mieście

Spider-Man: Miles Morales zaskarbiło sobie moją sympatię również faktem, że jest grą… krótszą (choć przyznam, że trochę ZA krótką). Wolę skondensowane jakościowo kampanię niż niepotrzebnie rozciągnięte produkty nieumiejętnie starające się zapełnić stosunek ceny do czasu. Pierwszy Spider-Man podobał mi się, ale ostatecznie zmęczył i wielu momentach czułem, że scenarzystom brakuje pomysłów na poprowadzenie wątków oraz wydarzeń (cały motyw z Sinister-Six był tego doskonałym przykładem). Tym razem nic takiego nie miało miejsca, choć pamiętajcie, że skupiając się wyłącznie na samej historii, możecie ją przejść w dosłownie 5 godzin. Siłą rzeczy będziecie jednak skakać po budynkach i wykonywać napataczające się aktywności poboczne, więc zakończenie powinniście ujrzeć po 8 godzinach.

Spider-Man: Miles Morales #4

Spider-Man: Miles Morales powiela nie tylko zalety poprzednika, ale i jego wady. Przygoda dalej cierpi na problemy z zagęszczeniem świata ciekawszymi aktywnościami i ogólnym urozmaiceniem rozgrywki. Te znów sprowadzono do czyszczenia baz, które znamy z (wsadź tytuł dowolnej gry w otwartym świecie). Wyskakujące powiadomienia na radarze to kolejny raz grupki zbirów i zmieniają się tylko mało istotne szczegóły. Nawet kilka bardziej rozbudowanych w teorii misji pobocznych opiera się na jednym, przemielonym schemacie.

Dodano nasłuchiwanie dźwięków miasta i tworzenia z nich beatów, ale w dalszym ciągu cała zabawa sprowadza się w głównej mierze do walki. Nie miałbym z tym problemu gdyby nie fakt, ze starcia w tych grach robią się szybko… nudne. Dostaliśmy ciekawsze (efekciarskie, bo pełne efektów cząsteczkowych) moce korzystające z bioelektrycznych zdolności Milesa, ale te nie zmieniły przesadnie odczuć z pojedynków. Ot mocniejsza pięść i szarża we wroga. W dalszym ciągu system walki oferuje za mało, nie posiada głębi i narzędzi, aby w wyrazistszy sposób bawić się możliwościami. Nie czuję tego, a głupkowate AI wcale nie pomaga w tym aspekcie.

Wejście w nową generację

Nie było momentu, aby oryginalny Spider-Man  wzbudzał we mnie poczucie „niedostatku” mocy konsoli. Pierwszą przygodę zapamiętałem jako wizualny majstersztyk. Był jednak jeden detal, którego autentycznie mi brakowało! Ray Tracing – oczami wyobraźni wizualizowałem sobie kontynuację ze wsparciem technologii realistycznego śledzenia promieni i pełnoprawnych refleksów na powierzchniach oszklonych wieżowców. Moc PS5 pozwoliła ziścić tę wizję i wygląda to fenomenalnie. Nie odczujecie pełnoprawnego uderzenia nowej generacji, ale nowe efekty to mimo wszystko duży krok i smaczek. Na tyle inwazyjny, że chwilę zajęło mi przyzwyczajenie się do wszędobylskich szklanych powierzchni odbijających otoczenie niczym lustro weneckie. Miles Morales to prześliczna gra, ale głównie dlatego, że i oryginał był już pod tym kątem niemal perfekcyjny.

Inne usprawnienia warstwy graficznej? Dużo lepsze, bardziej miękkie i bliższe rzeczywistości oświetlenie. Dzięki temu gra nabrała estetycznej głębi. Dugi tryb wydajności pozwalający uzyskać stałe 60 kl/s. Nie jest tajemnicą, że gra się wówczas wygodniej, całość nabiera większej dynamiki i reaguje natychmiastowo na nasze komendy. Jest po prostu szybciej i dwukrotnie płynnej, ale okupione to jest dużym uszczerbkiem wizualnym. Wszelkie odbicia zamieniają się w rozmazaną papkę niezdarnie symulującą refleksy. Oświetlenie także zostaje stonowane i robi się płaskie. Coś za coś, szkoda. Ja poprzestałem na opcji graficznej z prostych powodów. Czułem mimowolną potrzebę zauważenia jakiejś różnicy względem PS4, a jednocześnie nie czuję wymogu grania we wszystko w wyższym „klatkarzu” (tak, tak, nawet w 2020 roku 30 kl/s jest grywalne!). Dobrze, że dano nam mimo wszystko wybór i każdy dostosuje rozgrywkę pod siebie.

Udana re-introdukcja

Spider-Man: Miles Morales jest taki, jak większość się zapewne spodziewała. Mnie pozytywnie zaskoczył fabularnie. Wzbudził sympatię do postaci, której obecność w podstawce uważałem za zbędną (a to duży plus!). Wzniecił także emocje, doprowadzając do tego, że zakończenie zeszło ze mnie po paru dniach. Cieszę się, że Miles doczekał się ponownej introdukcji do świata wykreowanego przez Insomniac. Liczę jednocześnie, że zespół zmieni więcej rzeczy w pełnoprawnej kontynuacji, bo nie wyobrażam sobie spędzenia kolejnych kilkunastu godzin na znanej mapie i czyszczenia w kółko tych samych aktywności ze zbirami. Tym razem przepisanie pracy domowej się udało, bo i gra jest krótka i  pomijając samą walkę, nie sposób się przy niej wynudzić.

Plusy

  • Lepszy scenariusz i postacie
  • Implementacja Ray-Tracingu i opcja 60 kl/s
  • Nowe umiejętności
  • Brak jakichkolwiek ekranów wczytywania
  • Bujanie po mieście nadal dostarcza sporo frajdy

Minusy

  • To mimo wszystko odcinanie kuponów
  • Słabo wykonane i monotonne aktywności poboczne
  • System walki szybko się nudzi
Autor

Nieistotny człowiek z szumem w głowie

Kliknij, by skomentować

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Warto także przeczytać

Recenzje

Dungeon - crawler FPP w stylu fantasy-anime od studia Experience po 10 latach debiutuje na zachodzie.

Mój dziennik growy

Jak to często bywa – nawet nie wiem, kiedy uciekła mi połowa września. Dla wielu to czas powrotu do szkoły, dla mnie kolejny miesiąc,...

Gry

Los Angeles, lata 40. ubiegłego wieku. Późnym wieczorem bary i puby wypełniają się zmęczonymi ludźmi w garniturach. Jazzowa muzyka Billie Holiday czy Louisa Armstronga,...

Recenzje

Trigger Witch jest przeciętną do bólu grą. Fanów może i znajdzie, ale większość się wynudzi.

Copyright © 2021 Glitch.com.pl Kopiowanie treści, jak i fragmentów jest surowo zabronione.