Dołącz do nas

Cześć, czego szukasz?

Recenzje

Kurohyō: Ryū ga Gotoku Shinshō (PSP) – recenzja przenośnej Yakuzy

Po blisko 11 latach gramy w Kurohyō: Ryū ga Gotoku Shinshō. Przenośna Yakuza w końcu jest dostępna w zrozumiałym języku i czeka na poznanie

Najpierw reimaginacja cyklu w postaci fenomenalnej Yakuzy: Like a Dragon, w której się szczerze zakochałem za wszystko, co sobą reprezentuję i opowiada. Następnie nadrobienie klimatycznego i świetnie zamkniętego Judgment. Teraz wiadomość, że spin-off serii, w który od zawsze chciałem zagrać jest nareszcie grywalny w „zrozumiałym” języku! Piękna kolejka i szlak turystyczny po Kamurocho, z którego najchętniej bym nie schodził.

Kurohyō: Ryū ga Gotoku Shinshō (lub Black Panther: Like a Dragon New Chapter) srogo przetestowało moją cierpliwość. We wrześniu minie równo 11 lat od pierwotnej premiery. W końcu jednak dostałem możliwość zapoznania się z kolejnym rozdziałem Yakuzy. Co prawda z tłumaczeniem „niepełnym”, ale zezwalającym na bezproblemowe zrozumienie tego, co dla mnie najważniejsze – historii Tatsuy’i Ukyo.

Wychowany przez ulicę

Jakież było moje zdziwienie, gdy Kurohyō zaskoczyło antypatycznym bohaterem o mentalności bachora. Nieletni Tatsuya to dziki i arogancki furiat, który w nic nie wierzy. Poznajemy go jako skrajnego egoistę, łobuza nieustannie szukającego sposobności do spuszczenia łomotu. Nastolatek tryskający punkową energią. Produkt bezwzględnych ulic Kamurocho uczących, że w tym brutalnym mieście można liczyć wyłącznie na siebie i siłę swoich pięści. Stanowi wręcz antytezę dotychczasowych bohaterów cyklu. Negatywnie nacechowany pełni rolę przeciwwagi wobec niezniszczalnego kręgosłupa moralnego, jakim dysponuje, chociażby legendarny Kiryu.

Yakuza: Black Panther #1

Fabularnie Kurohyō trzyma poziom serii Yakuza, choć z racji skali jest bardziej kameralną opowieścią. Ponownie na pierwszy rzut oka widać kinematograficzne inspiracje. Tym razem najmocniej osadzone w filmie Takashiego Miike – Crows Zero. Tatsuya nie tylko z wyglądu (ubranie, fryzura, sama twarz i osobowość) łudząco przypomina kreację Genjiego Takiya (aktor Shun Oguri), ale i pod względem rozwoju charakteru obaj podążają podobnym tropem. W obu przypadkach (przewidywalny) proces ucywilizowania sprawia, że szybko zmieniamy zdanie o protagoniście.

Życie głównego bohatera wywraca się do góry nogami, gdy skuszony szansą na łatwy zarobek przecina ścieżkę ze znanym członkiem yakuzy z klanu Tojo. Dochodzi do starcia, w którego wyniku Tatsuya zabija wpływowego lichwiarza i trafia na celownik gangsterów. Dostaje tym samym propozycję od przestępców. Zostaje wydany policji i większość życia spędza w więzieniu lub idzie na układ i bierze udział w podziemnych walkach. Otrzymuje obietnicę zyskania wolności, gdy tylko osiągnie serię 10 zwycięstw pod rząd w starciach koloseum Dragon Heat.

Czarna pantera na oktagonie

Kurohyō to trwająca około 15 godzin historia z gatunku coming-of-age. Przygoda o dojrzewaniu i szukaniu celu swojego życia. Filozofii, która nada sens dotychczasowej egzystencji i popchnie w odpowiednim kierunku. Wszystko kręci się wokół oktagonu – to tutaj Tatsuya przejrzy na oczy. Pozna licznych wojowników i zmierzy się z ich hartem ducha, ideami i motywami, by rzucić wyzwanie własnemu przeznaczeniu. Tak samo jak Genji z Crows Zero – nauczy się, że życie samotnika to nie jedyny słuszny wybór. Oczywiście, jak to w przypadku Yakuzy, dochodzi polityczne tło. Tajemnica stojąca za Dragon Heat, niejasny incydent sprzed 15 lat, nieoczekiwane zwroty akcji i odkrywanie kolejnych kart. Jest dobrze, choć splot fantastycznych zbiegów okoliczności potrafi nagiąć wiarygodność historii. Rzec jasna narzekam dla zasady, przecież wszyscy kochamy w Yakuzie ten pokręcony schemat niewiarygodnej telenoweli.

PSPkowa Yakuza została stworzona z myślą o konkretnej konsoli przenośnej, wiec znany schemat musiał zostać odpowiednio przemodelowany. Najmocniej odczujemy mniej skomplikowaną strukturę misji – do tego stopnia, że w zasadzie żyjemy od jednego eventu fabularnego do drugiego, a co pomiędzy jest średnio rajcujące. Lepiej wypada eksploracyjny powrót do przeszłości i Kamurocho znanego z dwóch pierwszych Yakuz. Wraca statyczna kamera i dwuwymiarowość otoczenia. Zaskakująco – nie było ciężko się przestawić, nawet po tych wszystkich latach grania we współczesne odsłony. Jest nieco archaicznie, ale daleko temu do poziomu niegrywalności. Z perspektywy wieloletniego fana było nawet nieco nostalgicznie.

Yakuza, MMA i walka w sercu Kamuro

Większe zmiany poczyniono na łonie systemu walki. Doświadczenie syn Sophia (kultowe Def Jam: Fight For New York) poskutkowało grą bardziej usytuowaną w świecie Wrestlingu i quasi-MMA. Przybliżono znacznie kamerę, by podbić efektowność, zmieniono system animacji. Ogólny feeling i odczuwanie siły ciosów są inne – bardziej miękkie, techniczne i wolniejsze. Więcej tu chwytów, parowania, zakładania dźwigni i mocnych, pojedynczych uderzeń, a mniej fikuśnych kombosów. Czuć, że tryb online był kluczowy podczas projektowania. Stworzono bardziej zachowawczy system, który sprawdzi się nie tylko w singlu, ale i w starciu z żywym graczem.

Bardzo brakowało mi większej interakcji z przedmiotami i otoczeniem, widać tutaj trochę kompromisów – brak wariacko efektownych akcji w trakcie starcia z bossami. System walki sprawia wrażenia solidnych podstaw, ale trochę rzeczy można byłoby bez większego wysiłku rozwinąć. Mimo wszystko walczy się prosto i dobrze, nawet po tych wszystkich latach od premiery. Motywowany intrygą, czekałem równie mocno na kolejne pojedynki w Dragon Heat. Do dyspozycji mamy też kilka stylów walki. Dzięki temu możemy lekko spersonalizować rozgrywkę pod własne widzimisię, choć przez to sam Tatsuya nie ma aż tak charakterystycznej cząstki i nie wyraża siebie przez sposób walki. Trzeba mimo wszystko pamiętać, że chłopak dopiero się uczy.

Karty stylizowanego komiksu

Dobra, ale najważniejsze w Kurohyō jest to, jak ta gra się prezentuje! Nie mam na myśli grafiki (ta jest po prostu w porządku), ale całą otoczkę i warstwę artystyczną oraz jej wypływu na odbiór wydarzeń. Zapowiadane z myślą o rewolucji nośniki UMD okazały się porażką, nie przyjęły się na szerszą skalę, a grom nie oferowały wystarczającej ilości miejsca. Yakuza pod względem przerywników od zawsze była dziełem opasłym, więc trzeba było w jakiś sposób obejść mankament ograniczonego miejsca na dane.

Wady przerodzono w zalety i zamiast serialu lub trwającego kilkanaście godzin filmu postawiono na doznanie komiksowe. Graliście w Metal Gear Solid: Peace Walker? Może mieliście do czynienia z Digital Graphic Novel (cholera, brakuje mi większej ilości takich inicjatyw)? W Kurohyō to samo studio (Spooky Graphic) odpowiada za wszystkie, bardzo charakterystyczne scenki. Dynamiczne i w pełni zdubbingowane kadry komiksu, wyróżniające się zabójczym stylem i prezencją. Dzięki temu to najbardziej stylizowana (obok Zero) Yakuza. Za sprawą przerywników każde starcie w swoistym Fight Clubie Kamurocho było srogim wydarzeniem. Narracja zgrabnie się broni w nowym formacie i fanów ponownie zachwyci. Toshihiro Nagoshi znowu dał radę  i nawet w przenośnej formie opowieść silnie angażuje kolejnymi scenami. Po prostu pamiętajcie, że skala jest mniejsza, nie tak epicka i całość mija błyskawicznie.

Yakuza: Black Panther #4

Kurohyō: Ryū ga Gotoku Shinshō ma jednak wszystko, co powinno mieć. Angażujący scenariusz napędzający naszą chęć poznania kolejnych rozdziałów opowieści. Charyzmatycznych bohaterów Silnie zaakcentowaną myśl przewodnią obecną we wszystkich elementach (nawet w tym punkowym motywie przewodnim zespołu Rize). W porządku skrojony system walki z wymagającymi pojedynkami. Wreszcie emocjonujący finał i przekazany morał. Warto było czekać tyle lat, nawet jeśli moje doświadczenie było niepełne.

Pozostaje ten silny żal, że nie poznałem tej drugiej strony. Szalonych misji pobocznych i wciągających minigier, które tak mocno zakorzenione są w duszy serii, że ciężko się bez nich obejść. Niemniej, jeśli przyszłość sprawi, że i one zostaną kiedyś przetłumaczone, to z nieukrywaną chęcią wrócę jeszcze raz do Kamurocho. To miasto niezliczonych atrakcji i tysiąca historii, które opowiadać można przez lata.

Plusy:

– Komiksowe przerywniki i ogólna prezencja

– Wątek główny to ciekawa i angażująca intryga

– Świetnie dobrana ścieżka dźwiękowa

– Udane przeniesienie ducha Yakuzy na przenośną konsolę

 

Minusy:

– Niepełne tłumaczenie

– Niewielka ilość lokacji, większość akcji krąży wokół oktagonu

– Z systemu walki można byłoby wykrzesać nieco więcej ikry

Autor

Freak, któremu gry i kino skrzywiły nieodwracalnie psychikę. Gram na wszystkim, co wpadnie w ręce. Głównie konsole Sony i Nintendo. Lunatyk bezgranicznie zakochany w dziełach Grasshopper Manufacture. Suda51 i Quentin Tarantino to moi idole. Uwielbiam zarażać innych zajawką na nietypową twórczość, dzieląc się popkulturowymi przemyśleniami na Twitterze i Glitchu. Fanatyk bijatyk, gier muzycznych i japońszczyzny. Ukierunkowany mocno na horror, futuryzm i cyberpunk.

Kliknij, by skomentować

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Warto także przeczytać

Recenzje

Kiedy Medievil spotyka Jaka & Daxtera. Pumpkin Jack w ciekawy sposób miksuje obie serie platformówek 3D.

Recenzje

Sword of the Necromancer to dobry "rogalik", który traci na brzydkiej oprawie graficznej. Przed zakupem obejrzyjcie nagranie z rozgrywki.

Recenzje

NUTS to naprawdę nietypowa gra, która zdarza się w naszej branży raz na kilka lat. Jeśli chcecie spróbować czegoś niezwykłego, to szczerze polecam.

Recenzje

Pokieruj złowrogą organizacją z domowego zacisza. Połącz życie prywatne z obowiązkami wobec kultu, dzięki odpowiedniemu zarządzania kartami. Pamiętaj tylko że śmierć czyha na każdym...

Copyright © 2020 Glitch.com.pl Kopiowanie treści, jak i fragmentów jest surowo zabronione.