Connect with us

Hi, what are you looking for?

Recenzje

Dragon Ball Z Kakarot (PS4) – recenzja gry

Kakarot to prawdopodobnie największa dotąd próba uderzenia w gatunek RPG akcji osadzonego w świecie Smoczych Kul. Z jednej strony otrzymujemy prawdziwy list miłosny do fanów marki, a z drugiej leniwy skok na łatwą kasę.

Nikt nie był wstanie, w najśmielszych snach przewidzieć gargantuicznego sukcesu i wpływu, jaki na całym świecie osiągnął Dragon Ball. Nawet sam twórca Akira Toriyama, który być może najbardziej ze wszystkich, był zaskoczony fenomenem Goku i spółki. Wszak autor wielokrotnie przedłużał przygody tylko ze względu na popularność marki, tym samym odchodząc stopniowo od pierwotnych wizji zakończenia swojego dzieła. Współcześnie uniwersum Smoczych Kul to nie tylko mangi i anime, ale i znaczący kawał przemysłu gier wideo, a sam Goku to przecież jedna z głównych maskotek japońskich Igrzysk Olimpijskich 2020. Co stanowi kolejne potwierdzenie tego, jak istotne piętno zostało odciśnięte przez tego ikonicznego bohatera i jego przygody.

DRAGON BALL Z_ KAKAROT_20200124152033

Dragon Ball w kontekście gier wideo to głównie bijatyki i tytuły quasi-bijatykowe w formule trójwymiarowych arena fighterów. Na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat autorzy eksperymentowali z koncepcją, ale robili to raczej niechętnie i rzadko wychodzili poza utarte schematy. Dragon Ball Z Kakarot miało to zmienić i usatysfakcjonować w końcu liczne grono fanów łaknących czegoś nowego, co pozwoli zatopić w ukochany świat na poziomie bardziej personalnym. Autorzy obiecywali rozbudowane RPG akcji osadzone w otwartym środowisku i masę aktywności pobocznych. Potencjał i zaplecze było, ale mając w posiadaniu tak dochodową markę, nie trzeba się zbytnio starać, wszak Kule same się sprzedadzą.

Dobra, do czego piję? Nie będę owijał w bawełnę i silił na słodkie epitety. Tak, Kakarot to straszny kasztan. Tak, określanie tej gry czystym RPG-iem jest mocno na wyrost. Tak, w tej grze łatwo o punktowanie licznych wad i budżetowych rozwiązań, na które trafiamy przy każdym kroku. Wreszcie — tak, bawiłem się przednio i obecnie to jedna z moich ulubionych gier na tej licencji. Pomimo bycia świadomym jej wielu utrapień i tego, że w zasadzie każdy element dało się wykonać o wiele lepiej. Ciężko to wytłumaczyć w inny sposób niż typowe „guilty pleasure” – grzeszna przyjemność z produkcji skrajnie złej, ale przyjemnej.

Przyznaję się, że jestem z pokolenia wychowanego na Dragon Ballu, które uciekało z osiedli, aby obejrzeć nowy odcinek na RTL7. Kibicowałem Frezerowi, gdy próbował wcielić w życie swój plan eksterminacji brudnych Saiyanów. Tak jak wielu innych oglądałem serię z francuskim dubbingiem, na którego nałożono polskiego lektora i tłumaczenie z nazwami postaci pokroju „Szatan Serduszko”, „Songo” itd. Puszczałem Genkidamę, Kamehame i próbowałem przemienić w Super Saiyanów. Dragon Ball to kawał mojego dzieciństwa. Żyłem nim i jego bohaterami, więc siłą rzeczy wiąże się on bezpośrednio ze wspomnieniami beztroskiego dzieciństwa. Dlatego też ostatni renesans tego świata bardzo mnie cieszy. Do Kakarota podszedłem więc z dużym kredytem zaufania, mając jednocześnie świadomość, że gry na kanwie anime często są klepane po taniości na jednym schemacie.

Historia znów skupia się wokół wyeksploatowanej do granic możliwości i najbardziej znanej na świecie serii „Z”. Przygoda rozpoczyna się od wspólnego wypadu na ryby z Son Gohanem, by potem przejść płynnie do poszczególnych sag, poczynając od inwazji Saiyan po Friezę, Androidy i kończąc na Okrutnym Buu. Pomiędzy wpakowano nieco znanych przerywników jak chociażby zdawanie egzaminu na prawo jazdy. Wszystko w połączeniu daje nam materiał na około 30. godzin zabawy, które spędzimy głównie na walce i wykonywaniu mocno prymitywnych zadań pobocznych. Nadmienię, że sama fabuła została podana w dobry sposób i wiernie przenosi wydarzenia z serialu na łono gry.

DRAGON BALL Z_ KAKAROT_20200128133651

Fundament, jakim bez wątpienia jest system walki, nie poraża kreatywnością. Dość powiedzieć, że całość ogranicza się do otępiałego wciskania jednego przycisku odpowiedzialnego za proste, uniwersalne combo. Finezji w tym za wiele nie ma, nawet jeśli dodamy uniki, ataki Ki i specjalne techniki pokroju Kamehameha lub Big Bang Attack. Jest do bólu powtarzalnie i monotonnie. Schematy przeciwników nie zmieniają się w najmniejszym stopniu przez całą grę, więc każde starcie wygląda po prostu identycznie. Poziom trudności został sprowadzony do wydłużenia pasku życia wroga. Najgroźniejszym przeciwnikiem jest chaotyczna kamera, z którą momentami ciężko wygrać. W Kakarota gra się w zasadzie tak samo, jak we wszystkie pozostałe gry bazujące na pomyśle leciwego już Budokai Tenkaichi z PS2.

Walka jest więc prostacka i staroświecka, znów nie wykraczając poza znaną od lat sztampę. Podlatujemy do wroga, wyprowadzamy prostą kombinację, która kończy się powaleniem, puszczamy specjalny atak i… powtarzamy tak długo, aż przeciwnik umrze, okazjonalnie unikając jego nieblokowalnych ataków. Nie przeszkadzało mi to (z wyjątkiem szalejącej kamery), choć jestem świadom ułomności systemu, ale z jakiegoś powodu od lat mi się podoba. Efekciarstwo potrafi cieszyć oko. Wiązki energii przysłaniają cały ekran, otoczenie reaguje dynamicznie na nasze ataki i upadki, a kamera robi efektowne zbliżenia przy najbardziej dramatycznych ujęciach. Chociaż nie możecie się nastawić na poziom wykonania rodem Naruto Shippuden: Ultimate Ninja Storm 4 – niestety, to nie ta liga.

Drugi najważniejszy element to otwarty świat gry, który w zasadzie pełni rolę głównego dania. Tak, w końcu możemy zwiedzić krainę wykreowaną przez Akirę Toriyamę. Odwiedzić tutejsze miasta, doliny i pustynne tereny odkrywając nieznane oblicza mieszkańców – wiedzieliście, że Chichi w wolnej chwili broni okolicznej wieśniaczki przed wilkami? Liczny fanservice zachęca do wykonywania zadań pobocznych, choć te nie porażają skomplikowaniem. Ot sprowadzają się do znalezienia określonego przedmiotu bądź udania w konkretne miejsce i stoczenia walki.

Latanie po świecie jest przyjemne. Autorzy zapełnili środowisko kulami mocy, których zbieranie uruchamia psychologiczny syndrom czyszczenia mapy. Kreska Toriyamy sprawia, że lokacje są niezwykle przyjemne i pocieszne dla oka, więc eksploracja sprawiała mi szczerze dużo frajdy. Znów jednak i tutaj można ponarzekać na parę spraw. Przede wszystkim upierdliwe ekrany wczytywania. Świat podzielony został na sektory i każde przejście między nimi powoduje dłuższe zatrzymanie rozgrywki. Problem denerwuje nawet po paru łatkach, które skróciły czasy wczytywania.

DRAGON BALL Z_ KAKAROT_20200130195400

Druga kwestia sprowadza się do tego, że mimo wszystko świat jest pusty. Pewnie, możemy poszukać tytułowych smoczych kul, pójść łowić ryby w formie prostej minigry, zbierać minerały, rozmawiać z mieszkańcami i wykonywać nieskomplikowane zadania, czy przyrządzić pyszny posiłek. W dalszym ciągu są to średnio angażujące zajęcia pełniące rolę niewielkiego dodatku na krótką chwilę. Szybko się z nimi uporamy i uświadomimy sobie, że nie ma tutaj w zasadzie nic konkretnego do roboty.

Rozprawmy się też z kwestią gatunkową. RPG-owy trzon nie jest w żaden sposób skomplikowany. Dostajemy po prostu oklepane drzewko rozwoju postaci i oglądamy wzrastające cyferki. Rozwijanie postaci zwiększa procentowo obrażenia, szansę na ogłuszenie i tym podobne wartości lub po prostu odblokowuje technikę. Zbieramy też specjalne odznak postaci, które następnie łączymy w zestawy, aby odblokować bonusy. Przełożenie na rozgrywkę? Dosłownie żadne, wręcz kosmetyka. Nie nastawiajcie się na RPG z krwi i kości, ale też mało kto się tego raczej spodziewał.

Kolejny mój zarzut to budżetowość na wielu płaszczyznach. Bandai znów poskąpiło gotówki. Ponownie użyje za przykład Ultimate Ninja Storm 4, który do tej pory (ładnych parę lat od premiery) prezentuje się nie tyle fantastycznie, ile w wielu aspektach jest znacznie ładniejsze i efektowniejsze niż materiał macierzysty w postaci anime. Kakarot niestety nie został tak pieczołowicie wykonany. Fakt, najważniejsze wydarzenia doczekały się filmowych przerywników, ale to raczej wyjątek od biednej reguły. Większość rozmów między bohaterami pozbawionych jest mimiki i jakiejkolwiek skomplikowanej gestykulacji. Gra jest mocno przeciętna wizualnie i ratuje ją wspomniany wcześniej styl Akiry Toriyamy.

Maluje nam się obraz kasztana, na którego mocno ponarzekałem, punktując chyba każdy możliwy element gry. Mimo wszystko w dalszym ciągu twierdze, że to produkcja potrafiąca dostarczyć frajdy. Choć napisany niechlujnie, z licznymi powtórzeniami i od niechcenia jest to jak najbardziej list miłosny do fanów. Zatopienie w ten świat ożywiło wspomnienia, oglądanie ulubionych bohaterów w bardziej osobisty sposób pozwala wybaczyć wiele wad. Sama rozgrywka z jakiś niewyjaśnionych powodów sprawia, że ciężko oderwać się od ekranu i wpadamy w sidła „jeszcze jednego starcia”, by popchnąć znaną historię do przodu. Mało tego, wpadniecie na głupkowaty pomysł przemieszczania się poduszkowcem po metropolii, przejeżdżając obok Capsule Corp i mieszkania Vegety? Proszę bardzo, droga wolna. Uśmiech mimowolnie pojawia się na twarzy z powodu takich smaczków i prostych w założeniach możliwościach.

DRAGON BALL Z_ KAKAROT_20200131161339

Ostatecznie Kakarot bardzo mi się spodobało. Nie tylko z powodu magii Dragon Balla, bo uwierzcie, że grałem w dużo gorsze gry na tej licencji, do których nie potrafiłem się zmusić (flashbacki z koszmarnego Battle of Z...). To bardzo dobry pomysł na osadzenie przygód Goku w takiej formule i chociaż dało się z tego wycisnąć o wiele więcej, to jestem i tak usatysfakcjonowany efektem końcowym. Ostrzegłem Was przed wadami, a jednocześnie polecam wszystkim fanom, samemu czekając na podobny projekt, który poprawiłby część bolączek (rozbudowany sequel osadzony w Super? Jestem na tak!). To jeden z tych przykładów, które na papierze wyglądają ciekawie, w praktyce działają słabo, ale w jakiś niewyjaśniony sposób dostarczają frajdy. Istny gamingowy oksymoron, który pod nawałem negatywnych cech dostarczył mi kilkadziesiąt godzin pozytywnych wspomnień.

Plusy

  • Latanie po świecie i czyszczenie mapy dostarcza sporo frajdy
  • Przyjemnie przedstawiona adaptacja fabuły z serialu
  • Masa fanservice’u
  • Mimo wszystko rozgrywka wciąga

Minusy

  • Częste i upierdliwe ekrany wczytywania
  • W wielu momentach budżetowe i umowne rozwiązania
  • Powtarzalna rozgrywka i monotonny system walki
  • Prostackie aktywności poboczne

Written By

Freak, któremu gry i kino skrzywiły nieodwracalnie psychikę. Gram na wszystkim, co wpadnie w ręce. Głównie konsole Sony i Nintendo. Lunatyk bezgranicznie zakochany w dziełach Grasshopper Manufacture. Suda51 i Quentin Tarantino to moi idole. Uwielbiam zarażać innych zajawką na nietypową twórczość, dzieląc się popkulturowymi przemyśleniami na Twitterze i Glitchu. Fanatyk bijatyk, gier muzycznych i japońszczyzny wszelakiej. Ukierunkowany mocno na horror, futuryzm i cyberpunk.

Click to comment

You must be logged in to post a comment Login

Leave a Reply

Warto także przeczytać

Wiadomości

Jeśli uważaliście wcześniejsze aktualizacje PlayStation Store za wyjątkowo oszczędna, to ten tydzień wygląda na ten moment wyjątkowo marnie. Pełnej rozpiski nie ma, gdyż Sony...

Recenzje

Dwa lata temu na nieistniejącym już PSSite zrecenzowałem konsolowy port Titan Questa. Wystawiłem grze 6/10, narzekając na spore problemy techniczne oraz brak dodatku Ragnarok,...

Wiadomości

Po tygodniach posuchy wreszcie doczekaliśmy się konkretnej rozpiski premier w PlayStation Store. W tym tygodniu kupimy m.in. rozszerzenie fabularne do Mortal Kombat 11, do...

Wiadomości

Bandai Namco ujawniło nam datę premiery nadchodzącej adaptacji animacji Captain Tsubasa. Nosząca pełny tytuł Captain Tsubasa: Rise of New Champions gra zadebiutuje na PS4,...

Copyright © 2020 Glitch.com.pl Kopiowanie treści, jak i fragmentów jest surowo zabronione.

%d bloggers like this: