Dołącz do nas

Cześć, czego szukasz?

Gry

Dekadencja i papierosy

Dekadencja, czyli w co grałem, co widziałem i czego nie zrozumiałem, krocząc ścieżką osobistego upadku moralnego.

Stało się! Gorąc tysiąca słońc doprowadził w końcu do tego, że straciłem twarz, a wraz z nią resztki poczucia wstydu i godności. Roztopiona facjata zmieniła stan skupienia i przybrała formę mętnej kałuży. Nie zamierzałem być przez nią obserwowany, więc pośpiesznie wytarłem mopem malujący się na podłodze grymas rozczarowania, jakby przewidujący co właśnie nadchodzi. Tak, to czas na reboot.

Gorzka, czarna niczym bezksiężycowa noc kawa i gęsty nikotynowy dym odpalonego papierosa. Idealne połączenie dla nadwrażliwego człowieka z i tak przeciążonym układem nerwowym. Na szczęście palenie bierne profilaktycznie wyleczyło mnie z potencjalnego nałogu palacza, więc chociaż na tym oszczędzam trochę nerwów i pieniędzy. Od miesięcy prokrastynacja to moje główne motto, co widać po częstotliwości publikacji wpisów – bezproduktywność weszła mi w krew. Na przekór lirycznej płodności działa też to, że nie posiadam aż tak krytycznego i analitycznego spojrzenia, jakiego bym pragnął, więc dużo rzeczy po prostu nie widzę! Ach… zaraz, przecież miało być o grach i/lub szeroko pojętej popkulturze.

Kryzys wieku znowu dopada człowieka kiedy zdaje sobie sprawę, że jest starszy od kolejnych ulubionych bohaterów fikcji. Jakiś czas temu poczułem to za sprawą anime Great Teacher Onizuka (boli do dziś Panie Eikichi), gdy niegdysiejsza przyszłość stała się niezauważenie przeszłością. Niestety, będzie tylko gorzej, a ataki paniki częstsze. Może dlatego ukojenie znajduje obecnie w grach zrodzonych na poprzednich generacjach, a przynajmniej w jednej konkretnej pozycji.

Nie mogę rozmawiać, boksuję się z bogiem

Punktem wyjściowym nacechowanego filozoficznym tonem Shin Megami Tensei III jest społeczeństwo, które zabiło Boga. Tym samym ludzkość stanęła na skraju bezcelowości i nieświadomie straciła zasadność swego istnienia. Swoistym ratunkiem jest nadejście nadczłowieka, by ten pokierował gatunkiem w stronę odpowiedniej ewolucji, nadając ludziom nowy sens. Świat umarł poprzez „Poczęcie” będące stanem przejściowym na drodze do powstania nowej rzeczywistości. Na barki gracza spada rola ubermenscha. Przemierzając wymarłe i zniszczone Tokio natrafimy na osoby o silnych przekonaniach, które kierując się określonymi ideami i systemami moralnymi, są w stanie nadać „formę” nadchodzącemu narodzeniu świata. Poprzez wsparcie konkretnych filozofii lub ich całkowite odrzucenie, przyczynimy się do przepchnięcia ostatecznego głosu dyktującego nowy porządek.

Pierwotnie wydane u nas w 2005 roku z ciekawszym podtytułem Lucifer’s Call było dla mnie jedną z gier kategorii „kształtujących”. Zdeformowało mój gust, nakierowując mnie na tematykę apokalipsy. Zaciekawiło niuansami teologicznymi i mitologicznymi interpretacjami. Dobiło stylowymi ilustracjami Kazumy Kaneko i ogólnie wykreowaną atmosferą przygnębienia skończonego świata. Doprowadzało do płaczu, gdy przez poziom trudności traciłem godziny postępu lub pół dnia nie potrafiłem znaleźć wyjścia z lochu. To było silne doznanie i na tyle unikalne doświadczenie, że podświadomie oczekiwałem czegoś podobnie niesztampowo unikatowego w kolejnych grach z gatunku.

Ciężko mi wskazać wszystkie elementy, przez które tak bardzo rezonuję z Shin Megami Tensei. Swoje na pewno robi „inność” („normalność” to dla mnie najgorszy z epitetów). Może to być też kwestia tego, że jestem smutnym człowiekiem, więc bieganie po opuszczonych i zdezelowanych lokacjach postapokalipsy wzbudza we mnie uczucie niesprecyzowanego sentymentu oraz melancholii. Jestem wzrokowcem, więc i zabawy art designem w kluczowych momentach robią mi dobrze, trafiając celnie w poczucie estetyki. Bo tutaj, jak coś ma wyglądać, to WYGLĄDA, tworząc naprawdę cudną kompozycję ważniejszej sceny. Może to po prostu ten wciągający gameplay-loop nastawiony na atakowanie słabości i zabawy w dobieranie drużyny poprzez fuzje… Dziwna, smutna gra w stylu Digimonów (bo Pokemonów tutaj nie tolerujemy!). Coś w tym chyba jest.

Sus

Nieoficjalnym tematem numeru zostaje Gnosia. Po rozpoczęciu zabawy szybko uświadomiłem się, że zostałem oszukany przez grę, twórców i świat! Halo! To miała być Visual Novela, gdzie mój tekst?! Co to za gameplay?! Przede wszystkim, dlaczego ci ludzie znowu wsadzili mnie do lodówki?!

Zasady zabawy są proste. Trafiamy na statek kosmiczny, gdzie jeden z załogantów zarażony jest tytułową Gnosią. Naszym celem jest znalezienie delikwenta i wsadzenie go prosto do komory kriogenicznej. Jak tego dokonać? Siłą demokracji! Nieskomplikowana rozprawa kończy się głosowaniem, aż całe zagrożenie zostanie wyeliminowane. Po około 15 minutach sesja kończy się sukcesem/porażką, a my zamknięci w swego rodzaju pętli czasowej rozpoczynamy zabawę od nowa. Łatwizna.

Tutaj sprawa się komplikuje, bo nagle po paru „pętlach” dochodzi masa rzeczy. Okazuje się, że Gnosia potrafi działać grupowo i nawet nam może przyjść, odgrywać rolę obcego. Do tego skład młodego dynamicznego zespołu się zmienia. Do gry wkraczają wyznawcy obcych utrudniający „śledztwo”, pojawiają się inżynierowie analizujący załogę, ochroniarze, doktorzy. Dochodzi do morderstw, a kolejni bohaterowie ujawniają swoją niebinarność. Kluczowe stają się statystyki RPG, a w tle jawi się nawet (szok) fabuła! Mechanicznie jest tego całkiem sporo,
a wszystko zostało maksymalnie skondensowane, by poszczególna pętla nie trwała za długo. Świat oszalał na punkcie Gnosii (gra z miejsca zebrała nieziemsko pozytywne opinie), a ja nie mogłem się doczekać, aż sprawdzę pomysł w akcji.

Tak właśnie toczy się powoli życie na dryfującym w przestrzeni statku. Przeszedłem kilkadziesiąt „powtórzeń” i dalej nie wiem do czego to w końcu zmierza, ani czy ma w ogóle jakieś definitywne zakończenie. Podoba mi się. Jest świeżo, inaczej i egzotycznie. Ciężko mi znaleźć odpowiedni punkt odniesienia do trafnego porównania. Nawet neko hybryda wyłamuje się ponad schemat i prezentuje tutaj zgoła odmiennie od innych kocich postaci z popkultury – gościowi futrzak dosłownie wyrasta z szyi. Namieszał mi na tyle w głowie, że po czasie zburzył światopogląd i nabawił wątpliwości na temat tego, która z jego głów jest nadrzędna i prowadzi ze mną dialogi. A potem w załodze pojawił się delfin z akwarium na głowie.

Krótko o Gwieździe Szeptów

Dalej pochłaniam kino azjatyckie. Na obecnym przystanku znalazły się kolejne filmy Kiyoshiego Kurosawy (no gość jest niesamowity, no!) i Siona Sono (a on, to już w ogóle miłość). Ten drugi to szalenie ciekawy ekscentryk niemożliwy do zaszufladkowania. Potrafi dostarczać ekspresyjne, krzykliwe i pozornie chaotyczne filmy obnażające niewygodne tematy tabu. Wiele z jego filmów jest kontrowersyjna, groteskowa i niestroniąca od przemocy zarówno fizycznej, jak i tej psychicznej. Nie brakuje w nich punkowej energii buntownika i anarchisty. Czytając o nim, możecie trafić na łatkę człowieka walczącego z utartymi, często przekłamanymi i nierzeczywistymi schematami. Nie zamierzam przytaczać i zanudzać Was jego biografią. Dodam tylko, że twórca może się pochwalić różnorodnym portfolio, a świeżo obejrzane przeze mnie The Whispering Star kompletnie nie pasuje do opisanych powyżej cech jego twórczości.

Gwiazda Szeptów to oszczędne kino science-fiction stroniące od efekciarskiego przepychu na rzecz bardziej kameralnej formy. Wyjątkowa jest historia powstania tego filmu. W latach 90. Siono rozrysował koncept i cały scenopis na kartkach komiksu, który następnie przeleżał w szafie kilkanaście lat. Do momentu aż reżyser zaczął postrzegać swe dzieło jako pracę innego człowieka, którym już dawno nie jest. Ostatecznie historię bardzo wiernie przetłumaczono na język filmowy.

Ludzkość znalazła się na skraju wymarcia, a widz śledzi losy androida dostarczającego paczki do najróżniejszych zakątków kosmosu. Trochę jakbyśmy połączyli ze sobą Death Stranding i wymieszali jego romantyzowanie ludzkiej czynności nadawania przesyłek z egzystencjalnym charakterem Automaty. Scenariusz jest oszczędny w treść i spisuje się idealnie jako forma wyciszenia. Doskonały do eksploracji własnych emocji, dzięki czemu chłonąłem i czułem powolne, spokojniejsze kadry.

To w zasadzie film, w którym pozornie za wiele się nie dzieje, ale od razu przykuwa uwagę, chociażby pomysłem na świat przedstawiony, czy szkołą drobnych detali. Sama forma sprawiała zresztą, że byłem przykuty do telewizora. Napawałem stroną estetyczną, jak retro wystrój statku bohaterki, gdzie główny komputer przypomina stare radio analogowe z wystającymi świecami. Fakt, że przez cały film postacie porozumiewają się wyłącznie szeptami (co znów może stanowić delikatny ukłon w stronę poprzedniego filmu Siono – The Room). Znowuż brak jednoznacznej puenty i zostawienie widza w nastroju refleksyjnej zadumy. Zdecydowanie mój rodzaj kina.

To w sumie tyle z mojego krótkiego i bolesnego powrotu. Wracam do (nie)egzystowania w tym niemoralnym upale, przez który się jednocześnie smażę, topię i paruję. W kolejnym odcinku (obiecuję, że dużo lepszym!) głupia gra o gęsi i bijatyka dodawana do najbardziej wyczekiwanego filmu anime roku. Do zobaczenia za miejmy nadzieję mniej niż kilka miesięcy!

Autor

Nieistotny człowiek z szumem w głowie

Kliknij, by skomentować

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Warto także przeczytać

Gry

„Żałuję, że poznałem słowa! Chociaż je wypowiadam, to pozbawione są jakiegokolwiek ciała„. O mój Boże! Drugi numer Dekadencji faktycznie pojawił się wcześniej niż po...

Gry

Dzisiaj mamy stulecie Bitwy Warszawskiej oraz nowy numer Przystani, nie żeby ranga obu tych wydarzeń była jednakowa, ale skoro media mówią, że dzięki temu...

Gry

Pełnia sezonu ogórkowego, niemal wszystko na co się polowało w temacie japońszczyzny miało już swoją premierę teraz więc czekamy do jesieni. Mimo wszystko przyszłość...

Gry

Obecna generacja przejdzie do historii jako generacja cudów. Okres niesamowitych zbiegów okoliczności i powrotów. Renesans najlepszej szkoły tworzenia gier i kolejna runda w wykonaniu...

Copyright © 2021 Glitch.com.pl Kopiowanie treści, jak i fragmentów jest surowo zabronione.