Dołącz do nas

Cześć, czego szukasz?

Recenzje

Brigandine: The Legend of Runersia (PS4) – recenzja gry

Kontynent Runersia jest zbyt ciasny, by sprostać wygórowanym ambicjom sześciu nacji go zamieszkującym. Kilka iskier wystarcza, by ochoczo rzuciły się sobie do gardeł. Brigandine: The Legend of Runersia sprawnie opowiada o wojnie wszystkich ze wszystkimi, gdzie zwycięzca może być tylko jeden, a reszta pójdzie w zapomnienie. Co jednak począć z czającym się za kulisami złem, które tylko czeka na dogodną okazję, by wyjść z ukrycia?

W latach 90. minionego wieku na konsoli Sega Saturn pojawił się niespodziewany hit dla jej posiadaczy – Dragonforce – należący do podgatunku gier strategicznych zwanych „dominacją”, aczkolwiek w japońskim jego pojęciu, czyli z elementami RPG. Dzisiaj taki rodzaj stylu rozgrywki nazywa się Grand Strategy, czyli podbój świata, choć sama dominacja rządziła się swoimi prawami m.in. tym, że wszystkie frakcje mają mniej więcej ten sam potencjał, jednak odmienne warunki początkowe. W każdym razie tytuł zdobył wielu naśladowców, chociażby serię Spectral Force od Idea Factory czy wydane w 1998 roku na pierwsze PlayStation Brigandine: Legend of Forsena studia Happinet. Ta ostatnia została ciepło przyjęta i pojawiła się nawet na zachodzie (chociaż tylko w USA), z jakiegoś jednak powodów nie doczekała się kontynuacji i nową markę na lata przysypał piach. Po ponad dwóch dekadach przypomniano sobie o niej i powstał jej następca z podtytułem The Legend of Runersia przygotowany przez Matrix Software. Czy warto powrócić do mechanik z końca zeszłego wieku? Jak najbardziej?

BRIGANDINE The Legend of Runersia #1

Brigandine: The Legend of Runersia pierwotnie pojawiło się na Nintendo Switch, by po jakimś czasie zawitać na PlayStation 4, którą to wersję właśnie recenzuję. Początkowo spotkał mnie zawód, bo przez kilka dni ta edycja nie działała tak, jak należy, ale twórcy od Matrix Software posypali głowy popiołem i szybko przygotowali łatkę, dzięki której można już grać bez zarzutu. Tytuł powstawał raczej z myślą o zabawie na małym ekranie, co daje się odczuć w wielu jego aspektach, ale nie przeszkadza to czerpać z rozgrywki masy frajdy.

Zabawę zaczynamy od wyboru jednej z frakcji, które oferują zróżnicowanych liderów oraz ich wojenne motywy, od tych poważniejszych pokroju ambicji władzy, po sprawy osobiste, majątkowe czy religijno-uniwersalistyczne. Jeśli komuś pasują mroczniejsze klimaty z groźnymi rycerzami i smokami z pewnością skusi się na kresowe Królestwo Norzaleo a dla fanów baroku przygotowano kupiecką Republikę Guimoule z liderką-baletnicą. Zwolenników damskiej obsady ucieszy pewnie plemię Shinobi z całkiem ponętną, półnagą przywódczynią Talią. Kapłan z teokracji Mana Saleesia poprowadzi własną krucjatę, by prawdziwa wiara zwyciężyła na całym kontynencie, a Święte Cesarstwo Gustawa chce ekspansją poprawić swój byt. Dla pragnących nieco lżejszej atmosfery przygotowano pirackie Zjednoczone Wyspy Mirelvy z panią kapitan u władzy. Jak widać, nie mamy tu jednej przewodniej fabuły, ale zbitek scenariuszy zazębiających się wzajemnie, aczkolwiek taka koncepcja scenariusza naprawdę się sprawdza i zachęca do zagrania wszystkimi stronami, by dokładniej poznać losy liderów. Jest tak bowiem, iż wiele rzeczy o danym wodzu dowiadujemy się, rozgrywając inne kampanie, a nie tylko tą jemu przeznaczoną. Ich losy są całkiem interesujące i nie zostały przygotowane na odczepnego, a w każdym razie śledzi się je z autentyczną przyjemnością. Jeśli komuś mało zabawy to po zjednoczeniu kontynentu odblokowany zostaje dodatkowy rozdział tzw. Alternate Chapter, gdzie m.in. stworzymy sobie własną nację.

Przejdźmy jednak do spraw bitewnych. Do zdobycia mamy całkiem sporo, na szczęście bez przesady, by utrzymać odpowiednie tempo rozgrywki. Na podbicie czeka około 40 twierdz, o które będziemy toczyć epickie boje. Oczywiście położenie poszczególnych krajów wpływa na taktykę podboju. Jedni liderzy będą musieli ekspandować na wszystkich frontach, inni prowadzić wojnę metodycznie, niektórzy natomiast będą zmuszeni do obrony, wyczekując okazji, by podkraść temu czy owemu delikwentowi jakąś placówkę, gdy ten będzie zajęty czymś innym. Trochę szkoda, iż nie ma jakiejś prostej dyplomacji, ale okazji do wsadzenia komuś przyjacielskiego noża w plecy nie zabraknie. Byśmy jednak zbyt długo nie gnuśnieli, to grając na poziomie normalnym mamy ograniczony czas na zawojowanie kontynentu, czyli 5 lat. Te natomiast dzielą się na „sezony” co daje nam 120 tury na wszystko. Ponadto każda tura składa się z trzech faz: przygotowania kiedy przesuwamy nasze oddziały na linię frontu, bądź wysyłamy naszych generałów na zadania poboczne, by się wzmocnili; oraz ataku bądź obrony. Wtedy też możemy zmieniać skład naszych armii, czyli przenosić bądź dokupywać nowe bestie czy istoty za manę, która stanowi tutaj walutę, a generowana przez posiadanie twierdze. Co ciekawe jednorazowy wydatek many nie wystarczy, bowiem utrzymanie wojsk generuje jej stałe koszty. W każdym razie pomimo prostoty możliwych działań jest się nad czym głowić.

Trzecia faza przenosi nas warstwy strategicznej w taktyczną, czyli bitwy. Mechanika jest właściwie identyczna jak w The Legend of Forsena. Czeka na nas tryb turowy, aczkolwiek, żałuję, że pozbyto się animowanych starć rodem z Fire Emblem rozgrywających się na osobnym ekranie. Starcia nadal kojarzą się z tymi znanymi z taktycznych jRPG-ów, są nieco bardziej skomplikowane i wizualnie odmienne, co oczywiście jest dobrym posunięciem. Zacznijmy od tego, że plansza bitewna podzielona jest nie na kwadraty, a na heksy, co daje większą swobodę ruchów. Ponadto układ terenu ma tutaj spore znaczenie, większe nawet niż w przywoływanej wyżej serii Nintendo. Armia składa się z dowódcy i podległych mu mitycznych bestii, które mają ulubiony rodzaj terenu, gdzie są niemal nie do pokonania oraz taki, na którym niemal nie mogą walczyć i dają się łatwo wybić. Wiadomo, że wodne stworzenia źle będą czuły się na lądzie, giganty w lesie, magiczne bestie na otwartej przestrzeni. Dochodzi tutaj też zasięg pola dowodzenia danego kapitana mający spory wpływ na skuteczność jednostek. Cóż, trzeba naprawdę uważać, gdzie się stąpa, bo wróg głupi też nie jest i naprawdę świetnie potrafi wyzyskać nasze słabości oraz swoje zalety.

BRIGANDINE The Legend of Runersia #4

Wojacy (oprócz dowódców) jeśli zginą, przepadają na zawsze (o ile nie mamy specjalnych przedmiotów), co boli w przypadku gdy mieli wysoki poziom doświadczenia, bowiem czas i środki, które przeznaczyliśmy na ich awans, idą na zmarnowanie, ale dla równowagi możemy przejmować za to podwładnych przeciwnika. Inną motywacją do działania jest ograniczony czas bitwy, chociaż nie oznacza to konieczności wybijania wroga. Atakując, wygrywamy, jeśli na końcu potyczki mamy więcej punktów niż przeciwnik. Podczas obrony wystarczy, że utrzymamy własną bazę. Starcia wymagają więc nieco zmysłu taktycznego, co powinno ucieszyć graczy poszukujących wyzwań.

Poziom oprawy wizualnej gry nie odbiega specjalnie wiele od tego, co można było obejrzeć w pierwszym wydaniu gry na Nintendo Switch. Można zauważyć większą rozdzielczość, ciut mocniejsze nasycenie kolorów i szybszą animację (60 klatek), chociaż niektórym może brakować przenośnego grania. Ogólnie rzecz biorąc, grafika pod względem technicznym nawiązuje do staroszkolnych produkcji z tego gatunku, łącząc to z interesującym i oryginalnym stylem artystycznym, zwłaszcza jeśli chodzi o momenty dialogowe. Plansze bitewne, chociaż proste, przypominają te klasyków sprzed lat, a tła w trakcie fabuły utrzymane są w stylu gotycko-średniowiecznego fantasy i narysowane mocną kreską w stonowanych kolorach, zupełnie jakby zostały wyciągnięte ze starej księgi. Wszystko przesycone jest jakby dzikością i, co tu dużo mówić, seksualnością. Jeśli ktoś poszukuje strategii o nieco brutalniejszej atmosferze, trafił idealnie. Wszystkie wydarzenia podkreśla wyniosły głos japońskiego narratora, idealnie pasujący do całej otoczki Brigandine: Legend of Runersia. Zachowano jednak oryginalne, japońskie głosy rezygnując z angielskiego dubbingu.

Brigandine: The Legend of Runersia to doskonała hybryda strategii i gatunku jRPG, która przypomina niektóre z moich ulubionych oldschoolowych gier, korzystając przy okazji z kilku współczesnych rozwiązań zawierająca solidną historię. Jej prezencja wprawdzie nie dorównuje dzisiejszym kanonom, ale zapewnia dziesiątki godzin rozgrywki i walki miłośnikom podbojów wirtualnych światów.

Plusy

  • Sześć zróżnicowanych frakcji do wyboru
  • Stylowe tła w trakcie dialogów
  • Duży świat do podbicia
  • Rozbudowane elementy RPG

Minusy

  • Oprawa graficzna części bitewnej
  • Mała różnorodność pół bitewnej
  • Brak nawet szczątkowej dyplomacji

 

Autor

Jestem miłośnikiem gier jRPG i strategii, kolekcjonuje też figurki. Recenzuje gry od ponad dekady na różnych portalach i mogę się pochwalić bardzo bogatym warsztatem. Lubię czytać książki o tematyce historycznej oraz interesuje się geopolityką. Mój e-mail kontaktowy to aysnel.astarell@gmail.com

Kliknij, by skomentować

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Warto także przeczytać

Recenzje

Bogini i wirtualne idolki wyruszają na ratunek Virtualandi. Sprawdzamy nowy jRPG od Compile Heart.

Mój dziennik growy

Kolejny miesiąc 2021 roku można odhaczyć i uznać za zamknięty. W lutym nieco narzekałem, że licznik zaliczonych gier zatrzymał się na sześciu, więc… w...

Gry

Pierwszy kontakt z Bloodborne prowadzi do ciekawych sytuacji i interesujących wniosków.

Recenzje

Jedna z ciekawszych premier w gatunku roguelite ostatnich tygodni.

Copyright © 2020 Glitch.com.pl Kopiowanie treści, jak i fragmentów jest surowo zabronione.